Światło cz. 3

Jaskrawa zmiana światła rodzi się z błyskawicy. Pominąwszy naszą obawę, ażeby promień jej nie był zabójczym, ostry zygzak jej linii, nagły ten kontrast światła, uderza tak silnie o nasze nerwy, że go częstokroć znieść nie mogą. Zmiana nie znająca miary, tym bardziej w nocy, rodzi uczucie straszliwości. Gdy jednak burza zawisła dopiero na widnokręgu odległym i błyskawica nie pada ani zbyt raźnie, ani zbyt jaskrawo, bywa zjawiskiem pięknem, graniczącym z wzniosłością. Pochodnia na chmurnym niebie nocy nagle zapalona niebo otwierające widok nieskończoności, wspaniałym światłem rozdarta ciemność, tajemnicza głębia sklepienia, dal, którą promień przebiega, siła, z jaką wyrywa purpurą swych płomieni wszechświat nieba i ziemi z objęć nocy – to wszystko łączy się w obraz niesłychanie wzniosły.

Zwyczajny płomień jest przyjemnym sam w sobie, jako zwiastun światła. Gdy płomyk świecy noc rozprasza, czujemy życie dokoła, życie ludzkie. Gdy płomień rusza się, w miarę szybkości ruchu, mniej albo więcej ożywia nas _i niepokoi. Jasny ogień rozwesela grą płomieni. W zmianie jego światła widzimy obraz uśmiechniętego, radośnego, swobodą tchnącego życia. Żar węgli kryje w sobie niedostrzegalną, wewnętrzną, ożywioną siłę ruchu, która swą fantastycznością mile i błogo zajmuje. Przeciwnie szybki migot np. pochodni smolnej ma w sobie coś niespójnego, trwożącego. Nie ma w nim stałej miary. Bliski wygaśnięcia, roznieca się znów gwałtownie, mieszając ciemność ze światłem. Dla tego nadaje się bardzo do ożywienia rysów martwych np. posągu, może jednak przejść łatwo w przesadę, budząc wtedy uczucia wstrętu i przerażenia. I sztuczne światło może świecić tak jasno, świeżo, jak światło dzienne np. jasność sali balowej. Ostre światło gazu razi z czasem. Jasność rozlana jednolicie, pozbawiona wszelkiego cienia, ulega zwykłym niedogodnościom wszelkiej monotonii, jest nie malowniczą.

Światło przyćmione, względna ciemność potrzebne są do sennego wypoczynku. Zmierzch łagodzi wstrząśnienie i przerywa niektóre czynności duszy. Ponieważ wszystkie kształty tracą w nim swą wydatność, wyobraźnia ma swobodne pole do wypełnienia braków. Zmierzch i ciemność tę tylko mają estetyczną zaletę, że odbierając nam pewność miary, jaką daje światło, wywołują częstokroć obrazy straszliwe, nadnaturalne. Wieczór ukołysał ziemię, a na górach noc zawisła. Siadam na koń. Dęby mgłą owinięte wydają mi się jak rozpostarte olbrzymy, a z każdego krzewu wyziera sto czarnych, szklistych oczów. Znana to piosnka Goethego.

Uważając padanie światła na przedmioty, dostrzeżemy, że takowe wsysają światło, odbijają albo je przepuszczają. Im więcej światła się połknie, tern bardziej niknie wpływ jego orzeźwiający, życiodawczy. Przedmioty odbijające światło błyszczą. Stąd połysk kruszców, srebro fali morskiej. Im szerszy snop światła, tern jaskrawszy połysk. Ciała przezroczyste, które światło przyjmują i przepuszczają, są jakby wcieleniem samego światła. Np. kryształ, diament, kropla rosy, oko ludzkie. Radość naszą ze światła przenosimy ha same ciało.

Gdy promień padnie na ciało nieprzeźroczyste, powstaje cień po za nim. Padając więc na ciała nie całkiem gładkie i jednolite, wytwarza grę świateł i cieni, modeluje. Cień i światło stanowią dopiero ciało. Tu wymaganie zmiany ma swoje pełne prawo. Jeżeli pięknem znajdujemy ciągłe promieniowanie, to nie możemy zadowolić się jednostajnym, wszelkich odcieni pozbawionym rozmieszczeniem światła na powierzchni ciała. Zbyteczna jednostajność oświetlenia jest monotonną i nużącą. Przedstawmy sobie tylko długą, gładką ścianę.