Światło cz. 2

Stałe planety więcej w nas budzą skupienia i spokoju. Ciągnie nas ku nim już nie jakaś rozpływająca się, bojaźliwa tęsknota, ale cichy, spokojny, łagodny polot duszy. Tym silniejszym on bywa w świetle księżyca. Wzrok nasz zwraca się w górę ku wielkiemu, niebiosom władnącemu ognisku, które płonie spokojnym, omglonym światłem. Noc i dzień spływają się, blask powłóczysty osiada mgłą osrebrzoną na niebie i ziemi. Uczucia światła i mroku łączą się; tu zmierzch z głębokim rysunkiem cieniów, tam promienne oko niebios. I my się rozpływamy wówczas w powodzi uczuć i rozmarzenia.

Takim jest ciche światło księżyca. Spójrzmy jednak, jak drżący jego promień pada na ruchome przedmioty, a miękki spokój wyda    się wnet mętnym i drżącym. Na fali wód i na szumiących drzewach, ileż w nim ruchu! Mglista nieokreśloność wrażeń połączona z szybką ich zmianą stopniują uczucia niezwyczajności, czarodziejstwa, w straszliwą obawę duchów.

Widok gwiazdy pociesza, karmi nadzieją. Księżyc w pełni uspakaja, gdyż światło jego broni nas od wypadków nocy. Blady i nisko zawieszony na widnokręgu razi nie mile.

Noc przeszła. Księżyc i gwiazdy bledną. Zmierzch poranny, niepewnością swojego światła fantastyczny, oblewa ziemię. Na niebie jawią się pierwsze jaśniejsze zwiastuny dnia. Szerzy się pragnienie tego, co ma nadejść. W całej naturze czuć oddech rozbudzenia. Kwiaty, które w nocy zamknęły swe kielichy, otwierają je. Zwierzęta zaniepokojone, szczególniej drużyna powietrzna, ptaki. Wszystko wita poranek tonami swej mowy. Wiatr nawet cuci się z drzemki i z chłodu nocy wyciąga ramiona ku ciepłym tchnieniom poranku. I tak wśród głośnej radości stworzenia, wschodzi na powrót promienne światło życia. Trwoga ustępuje.

Światło słońca jest ciągłą dźwignią życia. Świecąc jednak za jasno, za jaskrawo, drażni zbytecznie, dając się uczuć dotkliwie nieumiarkowanym wytężaniem naszych nerwów. Rozpraszając zaś wszelką ciemność ma pewne pokrewieństwo ze siłą rozumu. Okazuje wszystko w kształtach jasnych, pewnych; niczemu nie da się w mgle rozpłynąć, nie każe nam domyślać się, zgadywać, śnić, przeczuwać. Tak pozbawia wszelkiej czynności wyobraźnię, a budzi trzeźwy pogląd i pracę myśli.

Mówiąc o pięknie natury, rad bym co chwila odsyłać czytelników do książki Yischera, której rozdziały dotyczące tego przedmiotu powinien by znać każdy. Znajdzie on tam pełno najbystrzejszych i najsubtelniejszych uwag wolnych od filozoficznej maniery. Również zwracam uwagę na dzieło Kestlina, opracowujące ten rozdział z gruntownością i wdziękiem.

Innym jest obraz wieczoru. Myśl o ciemności usposabia nas tęskno, chociaż ciało nasze po dziennym wytężeniu rade by odpocząć i pozbyć się drażniącego światła. Do zadowolenia więc, że sen bliski pokrzepi nasze siły, miesza się instynktowy żal po zachodzie świetlistej gwiazdy, której blask tak długo opromieniał wspaniale ziemię, a teraz rozpływa się, blednie, umiera.

„I piękno umrzeć musi“, znowu brzmi w naszej duszy. Upadek wzniosłego zjawiska w zachodzie słońca przejmuje nas uczuciem tragiczności.

Światło jest tak dalece warunkiem życia, że chwilową jego odmianę uważamy częstokroć za wygaśnięcie i tracimy spokój duszy. Ustawiczny więc blask księżyca, gwiazd, słońca, każdego zresztą światła nie prędko nam się przykrzy. Po długim dniu dopiero czujemy potrzebę spokoju stąd ubytek światła; dopiero pogoda długiego szeregu dni słonecznych budzi w nas pragnienie dnia pochmurnego. Temu pożądaniu zmiany czyni również zadość stała gra świateł i cieni.