Światło cz. 1

Przejdźmy do światła. Jest ono warunkiem istnienia. Bez niego niema życia. Instynktowo więc witamy je z radością. Jesteśmy stworzeniami światła, jak wszystkie zwierzęta i rośliny ginące w ciemności. Rośliny np. tracą swą zieleń i stają się bezbarwnymi. Ciemność jest nienawistną wszelkiej czynności życiowej. Tylko w chwilach względnego uśpienia tejże łagodna ciemność jest przyjemną. Ale noc zupełna, grobowa wydaje się okropną; otwiera ona swą paszczę, niby otchłań nicości, w której byt nasz ustaje. Kto był kiedykolwiek w jakiem podziemiu lub jaskini, ten wie jaki strach nas ogarnia, gdy ostatnia lampa zagaśnie. Oko wytęża się, aby pochwycić choćby najlżejszy promyk światełka; gdy nie może, opadają nam siły ciała i ducha. Pierwszy płowy brzask zmierzchu a jesteśmy ocaleni! Można się do ciemności przyzwyczaić, opanowując instynktową bojaźń, jak .to na sobie doświadcza każdy jadący podziemnym tunelem. Piękną jednak zupełna nieobecność światła nie bywa nigdy.

Światło jest piękne. Wszystko raduje się nim. Ze światłem budzi się błogość życia; przed nim uchodzi trwoga. Już w pojęciu jego leży pociecha, rozweselenie. Jasność, słoneczność, przejrzystość są przymiotami piękna, podczas gdy ciemność, zmrok, mętność łączą się z brzydotą i ponurością.

Co nie cieszy się światłem, to jest nam nienawistnym, wstrętnym a w najlepszym razie komicznym. Już milczące zwierzęta wydają nam się dziwnymi, uczucie to sprzeczności potęguje się do najwyższego stopnia wobec pozbawionych lub nieznoszących światła. Dla tego wszystko, co się zanadto kryje do ziemi, albo dopiero w nocy żyć poczyna, obudzą w nas a nawet u wielu zwierząt uczucie wstrętu. Sowę na przykład nienawidzą i prześladują wszystkie ptaki dzienne. Z widokiem zwierząt bezokich nie możemy się nigdy oswoić. Przypatrzmy się niektórym rodzajom światła. Noc gwieździsta! Świat owinięty pomroką, ale tam na górze haft świetlany.

Srebrzyste powieki gwiazd wabią nas ku sobie. Od ciemnej ziemi podnosi nas tęsknota ku światłu, wlewając pociechę, że noc straszliwa nie opanowała przecież wszystkiego, że jest gdzieś jeszcze światło i radość życia. Światło jednak – tam w górze – rozprószyło się na tysiące gwiazd. To rozrywa nas; rozpływamy się. Skupienie ducha ustąpiło; owłada nami usposobienie łagodne, rzewne, które pod drżącym blaskiem gwiazd stałych, nabiera jeszcze miękkości i nieokreśloności. Od ciemnej nędzy życia odwracamy się kąpiąc duszę w błogości niebieskich pociech, które nam płyną z wzniosłej nieskończoności przestworów. Dla tego ludom wszystkich czasów noc gwieździsta wydawała się czymś pięknem i świętem, dla tego spoglądał człowiek zawsze ku gwiazdom z tęsknotą i błogą nadzieją.

Coś jednak więcej, aniżeli urok światła spływa ku nam stamtąd: oto nieskończoność, którą widzimy; rzesza światów niezmierzona, nieobjęta nawet dla wyobraźni. Wzniosłość przejmuje świętym dreszczem. Nawet myśl o niej wydałaby się chaosem, gdyby tam wszystko nie miało swych dróg zakreślonych i gdyby harmonia i porządek wszechświata uczucia trwogi nie zmieniały w uczucie boskiej wzniosłości. Tylko kometa nas przeraża, psując na pozór ład niebieski i rodząc przypuszczenie, że może kiedyś dzień nadejdzie, w którym porządek boski rozchwieje się, a samowola i chaos opanują wszechświat.